Co słychać u Jaśka i zespołu?

W piątek Jasiek z Podopiecznymi byli w Kotani. Pogoda była idealna. Wizyta w Muzeum Magurskiego Parku Narodowego w Krempnej oraz przejażdżki na koniach – to zasłużony odpoczynek po ciężkim kolarskim wysiłku, w jaki obfitowały poprzednie dni. Oczywiście zespół poradził sobie z zadaniem śpiewająco. Szczególnie wyróżnił się podczas trasy niewidomy Szymek – który przesiadł się z tandemu, w którym dotychczas jechał, na rower trójkołowy. Przejechał tak większość trasy, kierując się tylko pilotażem Jaśka – ale jaki to był pilotaż!

Wieczorem, po całodziennych zmaganiach z własnymi ograniczeniami, dzielni zdobywcy Beskidu Niskiego dostali także zadania survivalowe: „nie będzie kolacji bez rozpalonego ogniska”. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak szybko rozpalonego ogniska i to tylko za pomocą dwóch kamieni!

Równolegle trwa coraz większe zacieśnianie więzi towarzyskich i … przyjaźni – każdy ma już (i umie je „powiedzieć”!) swoje własne imię w języku migowym. Ciekawe czy uczestnicy wyprawy zdążą się nauczyć podstaw języka migowego przed końcem wyjazdu, żeby swobodniej rozmawiać z Mariolą?

W Sobotę drużyna śrubowała najwyższe osiągi w ostatnim etapie rowerowym. W skutek wakacyjnych ulewnych deszczów pierwotnie planowana trasa okazała się niemożliwa do ukończenia – chłopakom ze „zwiadu” rowery zakopywały się w błocie i mokrej ziemi! No, ale cóż najwyraźniej i tym razem nie mogło obyć się bez przygody i ostatecznie zespół skierował się do… Huty Krempskiej. Nowa piętnastokilometrowa trasa – jak to zwykle bywa – okazała się dużo ciekawsza i piękniejsza od planowanej! Po długim, kamienistym podjeździe (ponad 3,5 km, ale nikt się nie wycofał) przyszedł czas na długi zjazd, zakończony mostkiem na stalowych linach (tylko Jasiek był w stanie wywrócić trójkołówkę na moście, na którym nawet nie ma jak zawrócić).

Wieczorem po zwiedzeniu miejscowej cerkwi – zawierającej jeden z najpiękniejszych w Polsce ikonostasów i krytej najprawdziwszym gontem, zdobywcy Beskidu Niskiego ponownie zmierzyli się z własnymi słabościami podczas zajęć linowych. Zadanie polegało na przejściu po linie rozwieszonej nad głębokim wąwozem – nikt nie zawiódł i ostatecznie wszyscy dali radę przejść pomagając sobie nawzajem.

Zapraszamy Państwa do galerii bloga wyprawy, aby zobaczyć na własne oczy jak wyglądał etap rowerowy!

Prosimy także o trzymanie kciuków za sukces wyprawy, za dobra pogodę – a już niebawem napiszemy jak naszym zdobywcom poszło zadanie polegające na… stawianiu własnego survivalowego szałasu!

 


Podoba Ci się ten artykuł? Nie jesteś obojętny na problemy ludzi po amputacji?

Jeśli tak, wesprzyj nasze działania - zróbmy razem coś dobrego!

Możliwość komentowania jest wyłączona.