Echa wyprawy: Trzy dni na wodzie

Ze wzruszeniem wsłuchujemy i wczytujemy się w echa wyprawy. Relacje uczestników są tak wyjątkowe, że postanowiliśmy gromadzić je w specjalnej, oddzielnej zakładce: http://pozahoryzonty.org/nasze-projekty/bieszczady2012/echa-wyprawy/.
Echa wyprawy będziemy sukcesywnie uzupełniać.

Natomiast Dziennik wyprawy już uzupełniliśmy o prawie 150 (!) zdjęć z ostatnich dni Bieszczady 2012 Survival Expedition. Zachęcamy do ich obejrzenia – szczególnie triumfalnych ujęć ze szczytu Tarnicy! Autorką wszystkich zdjęć jest oczywiście niezastąpiona Weronika Gurdek.

Poniżej przedstawiamy świetną relację Romka, okraszoną galerią zdjęć również Jego autorstwa! Miłego czytania i oglądania!

Trzy dni na wodzie

Płynęliśmy kanu. Ola, Bartek i ja. Kilka kilometrów taką wielką bryką o mocy czterech i pół ręki, bo Ola ma dwie, Bartek jedną i drugą niecałą, a ja jedną. Było zimno i padał deszcz. Nawet za bardzo nie bujało, ale płynęło się ciężko, bardzo ciężko.

Rozpędzić tę kolubrynę i utrzymać przyzwoitą prędkość z naszym napędem to rzecz karkołomna, a jeszcze chcieliśmy płynąć prosto. Po prostu się nie dało. Woziliśmy się po tej Solinie zygzakiem jak na solidnej bani – to w lewo, to w prawo, nawet kółka zaliczaliśmy. Prosto płynęliśmy bardzo rzadko, więc wysiłek, jaki wkładaliśmy w próby dopłynięcia do celu, był ponad siły.

Moje siły, bo Ola i Bartek się nie skarżyli. Tylko ja narzekałem i w końcu stanowczo poprosiłem o roszadę naszej osady. Ostatni etap płynąłem kanu z Izą i Edytą, za co w szczególny sposób podziękowałem Edycie: gdy podczas wysiadania wspólnie z Izą podciągaliśmy na brzeg kanu, Edyta właśnie wstawała. W rezultacie straciła równowagę i wylądowała w wodzie. Teraz to wspomnienie wydaje się być zabawne, ale wtedy było mi bardzo głupio.

Następnego dnia pływaliśmy kajakiem razem z Edytą – z zawiązanymi oczami, na zmianę. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie odkrycie, jakie to trudne – pomimo mocnego trzymania, wiosła co chwilę przekręcają się w dłoniach. Gdy nie kontrolujemy tej czynności wzrokiem, sprawne wiosłowanie jest wykluczone!

Co ciekawe, łatwiej płynęło mi się w kanu niż w kajaku, więc trzeciego dnia wraz z Darią – naszą przesympatyczną sanitariuszką z Off Road Rescue Team, i Bartkiem – machaliśmy pagajami, testując różne sposoby wiosłowania w kanu.

Nie wiem, jakie odczucia mieli inni, ale mnie świetnie płynęło się tyłem do przodu. Nie było mi dane długo się tym rozkoszować, bo Solina nagle się skończyła.

Nie potrafię powiedzieć, dlaczego nie dałem rady dopłynąć w pierwotnym składzie. Mogę wymyślać przeróżne argumenty, które mogą lub nie – usprawiedliwiać tę decyzję: zmęczenie, wiek, strach przed kontuzją czy może brak wiedzy, jak daleko jeszcze do celu, spowodowały, że się poddałem. Było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie i jestem pod tym większym wrażeniem pozostałych uczestników wyprawy – Magdy, Edyty, Izy i Oli oraz Zbyszka, Jarka i Bartka, a także Jaśka – którym było znacznie ciężej pokonać własne ograniczenia, jednak dali radę. Ostatecznie wszyscy razem dziesiątego dnia wyprawy stanęliśmy na najwyższym szczycie Bieszczad – Tarnicy.


Roman Drobniak, 46 lat, mieszkaniec Sosnowca. Z zawodu jest górnikiem. Kilkanaście lat temu uległ wypadkowi podczas pracy przy taśmociągu w kopalni. Stracił całą lewą rękę (amputacja na wysokości stawu barkowego). Mimo niepełnosprawności jest bardzo aktywny – na specjalnie przystosowanym rowerze jeździ na kilkudziesięciokilometrowe wycieczki w teren; uwielbia pływać i nurkować i interesuje się filmowaniem.


Podoba Ci się ten artykuł? Nie jesteś obojętny na problemy ludzi po amputacji?

Jeśli tak, wesprzyj nasze działania - zróbmy razem coś dobrego!

Możliwość komentowania jest wyłączona.