Echa wyprawy

24 października 2012

BARTEK, Teraz wiem, że strach można szybko ujarzmić

Cała wyprawa była dla mnie totalnym zaskoczeniem, czymś nowym. Po wypadku niewiele się działo w moim życiu. Nie mogłem się odnaleźć. Propozycja Jaśka była dla mnie tym czymś, co mogło mnie odbić od dna, zagubienia po utracie części swojego ciała, jaką była lewa dłoń.    

Wyprawa budziła kilka obaw. Najbardziej na wyprawie bałem się pływania w kanu i kajakach. Niestety pływać nie umiem, a wizja tonącego mnie nie wyglądała za ciekawie. Ale tak naprawdę te obawy były mylne. Bardzo dobre wyposażenie i opieka medyczna Darii i Adama z Offroad Rescue Team była na wysokim poziomie. Każdy dzień odkrywał coś nowego. Nowe przeżycia, nowe zmagania każdej osoby: począwszy od nas uczestników po kadrę, która w rzeczy samej nie miała mniejszych problemów z pokonywaniem przeszkód, np. podjazdów na rowerach czy podejść pod górę Tarnicę, od nas – uczestników. Każdej osobie było ciężko, ale większość z nas teraz zna swoje możliwości. Ja przekonałem się, że moja kondycja i sprawność nie jest już taka sama jak kiedyś i trzeba nad nią popracować.

Przez te 11 dni bardzo zżyłem się ze wszystkimi. Tworzyliśmy niezła grupę, choć czasem były między nami niedomówienia, ale jak to mówią: „nawet i w wieloletnim udanym małżeństwie zdążają się kłótnie”. Nasza szalona, a zarazem całkiem różna ósemka uczestników Bieszczady 2012 Survival Expedition, pomimo różnych niepełnosprawności, świetnie się razem bawiła. Dość szybko łapałem kontakt z każdą osobą. Nawet rozmowa z Izą była możliwa bez pomocy Agi. Świetnie się dogadywaliśmy i komunikowaliśmy. Nawigator z niej jest rewelacyjny.

Dla mnie dużym wyzwaniem były liny – już na zgrupowaniu. Most i tyrolka na początku powodowały lęk i strach, który zapewne jak żarówka świecił się w moich oczach. Na wyprawie, przejście przez most w jedną czy drugą stronę i zjazd na tyrolce był już niezłą zabawą i czystą przyjemnością. Wyjazd do góry po tyrolce był frajdą, widok Sanu i drzew otaczających go z góry był czymś pięknym i niezapomnianym.

Bardzo dziękuje całemu Teamowi linowemu: Maćkowi, Asi i Wojtkowi – za możliwość przeżycia emocji, jakich doświadczyłem podczas tych zadań z linami. Teraz wiem, że strach można szybko ujarzmić, pokonać. A jeśli chodzi o same Bieszczady jesienią, to coś pięknego, niezapomnianego. Widok złocisto-żółto-zielonych liści oplatających korony drzew – coś wspaniałego. Chodzenie po górach to dla mnie „pikuś”, gdyż pochodzę z terenów górskich. Często wyjścia w góry są wyzwaniem, by w dużym stopniu pokonać czas oznaczony na drogowskazach. Można było to zauważyć, gdy wspólnie z Izą zrobiliśmy sobie wyścig na ostatnim podejściu na górę Tarnicę.

Bardzo dziękuje Fundacji Poza Horyzonty – każdej osobie z osobna! – za zaproszenie mnie do wzięcia udziału w wyprawie Bieszczady 2012 Survival Expedition.

Bartłomiej Pilch – ma 24 lata, mieszka w Zembrzycach w woj. małopolskim. W styczniu 2012 roku miał wypadek przy pracy na pile tarczowej, w wyniku którego stracił lewą dłoń. Bartek w tym roku rozpoczął studia w Krakowie, chciałby jednak móc wrócić do pracy fizycznej. W 2012 r. był uczestnikiem wyprawy Bieszczady 2012 Survival Expedition. Koszt mioelektrycznej protezy dłoni to ok. 60 000 zł. Bartek jak dotąd nie używał protezy, dlatego pierwszym krokiem będzie proteza kosmetyczna.

 

17 października 2012

ROMEK, Trzy dni na wodzie

Płynęliśmy kanu. Ola, Bartek i ja. Kilka kilometrów taką wielką bryką o mocy czterech i pół ręki, bo Ola ma dwie, Bartek jedną i drugą niecałą, a ja jedną. Było zimno i padał deszcz. Nawet za bardzo nie bujało, ale płynęło się ciężko, bardzo ciężko.

Rozpędzić tę kolubrynę i utrzymać przyzwoitą prędkość z naszym napędem to rzecz karkołomna, a jeszcze chcieliśmy płynąć prosto. Po prostu się nie dało. Woziliśmy się po tej Solinie zygzakiem jak na solidnej bani – to w lewo, to w prawo, nawet kółka zaliczaliśmy. Prosto płynęliśmy bardzo rzadko, więc wysiłek, jaki wkładaliśmy w próby dopłynięcia do celu, był ponad siły.

Moje siły, bo Ola i Bartek się nie skarżyli. Tylko ja narzekałem i w końcu stanowczo poprosiłem o roszadę naszej osady. Ostatni etap płynąłem kanu z Izą i Edytą, za co w szczególny sposób podziękowałem Edycie: gdy podczas wysiadania wspólnie z Izą podciągaliśmy na brzeg kanu, Edyta właśnie wstawała. W rezultacie straciła równowagę i wylądowała w wodzie. Teraz to wspomnienie wydaje się być zabawne, ale wtedy było mi bardzo głupio.

Następnego dnia pływaliśmy kajakiem razem z Edytą – z zawiązanymi oczami, na zmianę. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie odkrycie, jakie to trudne – pomimo mocnego trzymania, wiosła co chwilę przekręcają się w dłoniach. Gdy nie kontrolujemy tej czynności wzrokiem, sprawne wiosłowanie jest wykluczone!

Co ciekawe, łatwiej płynęło mi się w kanu niż w kajaku, więc trzeciego dnia wraz z Darią – naszą przesympatyczną sanitariuszką z Off Road Rescue Team, i Bartkiem – machaliśmy pagajami, testując różne sposoby wiosłowania w kanu.

Nie wiem, jakie odczucia mieli inni, ale mnie świetnie płynęło się tyłem do przodu. Nie było mi dane długo się tym rozkoszować, bo Solina nagle się skończyła.

Nie potrafię powiedzieć, dlaczego nie dałem rady dopłynąć w pierwotnym składzie. Mogę wymyślać przeróżne argumenty, które mogą lub nie – usprawiedliwiać tę decyzję: zmęczenie, wiek, strach przed kontuzją czy może brak wiedzy, jak daleko jeszcze do celu, spowodowały, że się poddałem. Było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie i jestem pod tym większym wrażeniem pozostałych uczestników wyprawy – Magdy, Edyty, Izy i Oli oraz Zbyszka, Jarka i Bartka, a także Jaśka – którym było znacznie ciężej pokonać własne ograniczenia, jednak dali radę. Ostatecznie wszyscy razem dziesiątego dnia wyprawy stanęliśmy na najwyższym szczycie Bieszczad – Tarnicy.

Zdjęcia autorstwa Romka:


Roman Drobniak, 46 lat, mieszkaniec Sosnowca. Z zawodu jest górnikiem. Kilkanaście lat temu uległ wypadkowi podczas pracy przy taśmociągu w kopalni. Stracił całą lewą rękę (amputacja na wysokości stawu barkowego). Mimo niepełnosprawności jest bardzo aktywny – na specjalnie przystosowanym rowerze jeździ na kilkudziesięciokilometrowe wycieczki w teren; uwielbia pływać i nurkować i interesuje się filmowaniem.

 

13 października 2012

IZA, To był najlepszy moment w moim życiu!

To był najlepszy moment w moim życiu! Ta wyprawa była niesamowitą przygodą i bardzo się cieszę, że mogłam w niej uczestniczyć, że w ogóle KTOŚ mnie zauważył i wybrał. 

Wyprawa obfitowała w atrakcje, ale i doświadczenia. Zawsze spałam w ciepłym łóżku, a tu było inaczej: po raz pierwszy w życiu spałam w namiocie w czasie burzy, padał deszcz i w nocy było bardzo zimno. Ponadto – pływanie kajakami, przeprawa mostem linowym, jazda na trójkołowych rowerach. Zdarzały się bardzo trudne chwile – zastanawiałam się nawet, czy przeżyję… Ale przeżyłam. :)

Na wyprawie było super towarzystwo. Niektórzy umieli migać i rozumieli, co mówię. Wszystko tłumaczyła mi Aga – co mam robić itd. To była moja najlepsza tłumaczka! :)

Dzięki Jasiowi i całej Fundacji POZA HORYZONTY spełniają się wielkie marzenia, a my stajemy się lepsi i widzimy, że żyjąc (inaczej) można żyć pięknie! DZIĘKUJĘ BARDZO! :)


Izabela Kaczmarzyk, 17 lat, pochodzi z Istebnej, małej miejscowości pod Baranią Górą w Beskidzie Śląskim. Iza nie słyszy od urodzenia. Mimo swojej niepełnosprawności jest osobą niezwykle otwartą i łatwo nawiązuje kontakty z osobami słyszącymi. Podczas wyprawy, dzięki Izie i migającej wolontariuszce Adze Górowskiej, pozostali uczestnicy mieli szansę opanować podstawy języka migowego.

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.