Zdobyliśmy El Capitan!

7.10.2010 r., ok. godz. 18.00 (czasu lokalnego) Jasiek Mela i Andrzej Szczęsny wraz z zespołem stanęli na wierzchołku El Capa!!! Wspięli się 11-wyciągową drogą East Butterss. Pokonanie całej drogi zajęło im… 7 godzin!

Wyprawa na El Capitan zakończyła się pełnym (jak na panujące warunki) sukcesem!!! Wróciliśmy cali, zdrowi i bardzo szczęśliwi, z ogromnym poczuciem spełnionej misji, ale też spełnionych marzeń. Myślę, że dla części ekipy jest to póki co wyprawa życia :) Tym razem już bez żadnych samolotowych zawrotek, bezpiecznie wylądowaliśmy w niedzielę na Okęciu, a w poniedziałek w Warszawie odbyła się konferencja prasowa.

Przebieg wyprawy relacjonowałam na FB w jej trakcie – były naprawdę trudne momenty, kiedy przez ponad tydzień pogoda nie dawała nam szans na więcej niż kilkugodzinne wyjścia w ścianę (które oczywiście wykorzystywaliśmy). Kiedy już przestaliśmy wierzyć, że uda się z Nosem, mieliśmy nadzieję, że w takim razie chłopcy będą się wspinać Zodiaciem, drogą o której myśleliśmy na początku. I właściwie 6 października, w środę po długich naradach i analizach prognoz pogody stanęło na tym, że po pierwsze Maciek, Paweł i Tadek zaczną poręczować (i zaczęli) Zodiaca, a Jasiek i Andrzej pod opieką Wawy nad ranem ruszą za nimi po przygotowanych linach. Zgodnie więc z ustaleniami wstaliśmy przed godziną 5.00. Na Camp4 (camping, na którym nocuje więszkość wspinaczy w Dolinie) panowała zupełna ciemność i cisza – chyba poza naszym zespołem nikt nie szykował się do wejścia w ścianę. Więszkość naszych współlokatorów wyjechała zresztą z Doliny gdzieś, gdzie świeci słońce… Wiedzieliśmy, że na czwartek prognoza zapowiada deszcz, ale niewielki, dopiero po południu, a potem na noc pogoda powinna się już stabilizować, noc bezchmurna itp. No więc kiedy przełykając ostatniego kęsa energetycznego śniadania, Wawa odebrał od Maćka telefon: – Czekajcie! Wszystkie nasze rzeczy, które są pod ścianą, są całe zalane, a Zodiaciem płynie woda! – opadły nam ręce, czuliśmy się po prostu bezsilnii. Różne rzeczy przychodziły nam do głowy… Wawa, jak zwykle oaza spokoju, stwierdził, że pojedzie pod ścianę, pomóc chłopakom zdjąć liny i pozbierać rzeczy. My we trójkę (ja, Jasiek i Andrzej) zapakowaliśmy się z powrotem do śpiworów. Padł pomysł, że może warto spróbować Leaning Tower… Nikt się nie odzywał.

Ok. godz. 8.00 Wawa wrócił na Camp4, obudził nas po raz kolejny, mówiąc: idziemy na El Capa! Byliśmy tak zaspani, że nikt nie wiedział o co chodzi, hehe. Wawa razem z Maćkiem ściagając liny z Zodiaca wpadli na jeszcze jeden, okazało się ten właściwy, pomysł: East Buttress. Droga, która znajduje się jeszcze nieco na prawo w masywie ściany od Zodiaca. Jest mniej więcej tak długa jak Zodiac (ok. 450 m), ale jest to droga klasyczna (a nie hakowa jak Zodiac), co znacznie przyspiesza i ułatwia wspinanie Maćkowi i Wawie. Do tego szczęśliwie East Buttress nie płynęła woda, co nie znaczy, że było sucho. W trakcie wspinania temp. oscylowała w granicach 5 st. C, a ostatnie 4 wyciągi chłopcy pokonywali w deszczu, przez moment nawet padał śnieg! East Buttress (IV 5.10b) ma 11 wyciągów. Dla Andrzeja i Jaśka pokonanie tej drogi wiązało się podejściem za pomocą przyrządów takiej samej ilości metrów jak na Zodiacu. Na East Buttress nie ma stanowisk ze spitów, a część trudniejszych miejsc ze względu na wodę, to czujne, psychiczne wspinanie. Dla Maćka i Wawy też było to więc poważne wyzwanie.

Równolegle drugi zespół, w składzie Weronika Gurdek oraz Paweł Grenda i Adam Radwański (instruktorzy wspinaczki z Łodzi, których spotkaliśmy na Camp4), wyruszyliśmy drogą zejściową z El Capa, czyli East Ledges, żeby na chłopaków poczekać na górze. Wzięliśmy dla nich maszynkę (czekała na nich gorąca herbata) i ok. 15.00 byliśmy już na wierzchołku. Na górze zastał nas oczywiście deszcz, ten sam, który chłopaków zlał w ścianie. Wejście na El Capa przez East Ledges zajęło nam 2 h, razem z wymałpowaniem 4 poręczy (ok. 150 m). Nastawialiśmy się na dobrych kilka godzin czekania, spotkania gdzieś w środku nocy, zejścia pewnie na rano… Aż tu nagle zadzwonił Maciek z informacją, że zostały im 4 wyciągi, wszystko idzie sprawnie i szybko!

Ok. godz. 18.00 najpierw zespół Pawła i Tadka, a następnie Maciek wyłonili się z przełamania ściany. Ostatnia część East Buttress to podejście po płytach – to z tego miejsca mamy szczytowe foty z El Capa :) Pierwszy drogę ukończył Andrzej, następnie Jasiek, ostatni do ostatniego stanowiska wpiął się Wawa. Pokonanie całej drogi zajęło 7 godzin wspinania w trybie non-stop. Z naszych informacji wynika, że na El Capa jak dotąd nie wspiął się żaden zespół z Europy, w skład którego wchodziłyby dwie osoby po amputacjach! Po krótkim odpoczynku na wierzchołku i sesji zdjęciowej ruszyliśmy drogą East Ledges na dół. Zejście w zupełnej ciemności i po mokrej, miejscami mocno eksponowanej, drodze wymagało skupienia. Na Camp4 byliśmy ok. godz. 22.00. Następnego dnia od rana było już słonecznie – odpoczęliśmy, spakowaliśmy wszystko i wyjechaliśmy pod wieczór do San Frana.

W tym miejscu chcielibyśmy serdecznie podziękować naszym sponsorom za całe wsparcie! Cieszymy się, że mimo niesprzyjających warunków pogodowych, udało nam się zdobyć El Capa. Jesteśmy przekonani, że ta wyprawa pokazała, że niepełnosprawność nie musi wykluczać aktywności i robienia rzeczy wielkich – na szczyt El Capa wzięliśmy ze sobą także flagę Europejskiego Roku Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym. Gratulacje Jaśkowi i Andrzejowi składało wielu wspinaczy stacjonujących na Camp4. Bez pomocy sponsorów cała wyprawa po prostu nie odbyłaby się, dlatego szczególnie dziękujemy firmie Alpinus oraz Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. J. Kukuczki, a także firmie Petzl. Dziękujemy wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób nam pomogli przy realizacji projektu. Bardzo serdecznie dziękujemy Pawłowi Grendzie i Adamowi Radwańskiemu oraz Markowi Raganowiczowi za konsultacje.

tekst i zdjęcia: Weronika Gurdek

 


Podoba Ci się ten artykuł? Nie jesteś obojętny na problemy ludzi po amputacji?

Jeśli tak, wesprzyj nasze działania - zróbmy razem coś dobrego!

Możliwość komentowania jest wyłączona.