Zgrupowanie przed wyprawą – zobaczcie jak było…

Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że człowiek niepełnosprawny jest w stanie dokonywać takich wielkich i wymagających rzeczy. Obcowanie z takimi ludźmi, walka ze słabościami, przełamywane barier powodują, że człowiek wraca do domu odmieniony!

Relacja ze zgrupowania piórem jednego z uczestników – Bartosza Michalaka. Czytajcie…

W dniach 10-12 czerwca 2011 r. odbył się wyjazd adaptacyjny przed wrześniową, beskidzką ekspedycją – Beskid Niski 2011 Survival Expedition. Uczestnicy i kadra wyprawy spotkali się w urokliwym schronisku „Pasterka” w Kotlinie Kłodzkiej. Wszystko rozpoczęło się od wspólnego ogniska i pieczenia wspaniałych kiełbasek. Była to fantastyczna okazja do nawiązania pierwszych kontaktów i „nieśmiałych” znajomości. Ale dosyć tych „ogniskowych” przyjemności. Pora spać, bo następnego dnia zapowiadał się bardzo napięty plan…

Tomek Deroń (kierownik wyprawy) wraz z ekipą Selenge (firma survivalowa z Wrocławia) przygotowali liczne zadania i „wyzwania” dla uczestników wyprawy czyli OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH. Głównym celem całej sobotniej wycieczki był Szczeliniec Wielki – najwyższy szczyt Gór Stołowych. Na górze natomiast – pomiędzy dwoma skalnymi tarasami i wysoko, wysoko nad ziemią – zawisnął most linowy (jedna lina na nogi, druga lina na ręce i tyle) – kolejna ekstremalnie ciężka próba dla uczestników.

Równolegle do mostu nasi instruktorzy założyli jeszcze drugą linę – coś jakby tyrolkę, po w której w bezpieczny i w pełni kontrolowany sposób można było zostać „przeciągniętym” z jednego tarasu na drugi. Byłem całkowicie pewien, że nie dam rady przejść tym trudniejszym wariantem. Nie chciałem nawet spróbować i byłem pewny, że mi się to nie uda. Dlatego w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować Jaśkowi. To on namówił mnie do przejścia mostu z prawdziwego zdarzenia!

Dziękuję Tobie Jaśku, że uwierzyłeś we mnie i dałeś mi wielką szansę, a dzięki temu ja uwierzyłem w siebie. Dzięki Tobie (oraz Sylwii, Weronice) rzeczy całkowicie niemożliwe stały się zupełnie realne. Oczywiście gdyby nie moja ogólna wieloletnia praca i rehabilitacja, to nic by się nie udało, ale Jasiek, Sylwia, Weronika bardzo mi tak ogólnie pomagają. Może nie jestem najlepszym pisarzem relacji, ale ogólnie – wam wszystkim wielkie dzięki!

Cały wyjazd zakończył się w niedzielę. Ale za nim rozjechaliśmy się domów, podzieleni na poszczególne zespoły zostaliśmy przeszkoleni w zakresie technik i wszystkiego co z tym związane rozbijania namiotu, chłopaki (Maciek, Maciek i Norbert) opowiedzieli co nieco o rowerach oraz dowiedzieliśmy co zabrać na wyprawę i jak spakować plecak.

Chciałbym bardzo krótko napisać co nieco o moich osobistych wrażeniach z tego „ekstremalnego” weekendu. Otóż nigdy w życiu nie pomyślałbym, że człowiek niepełnosprawny (ja, ktokolwiek) jest w stanie dokonywać takich wielkich i wymagających rzeczy. Obcowanie z takimi ludźmi, walka z własnymi słabościami, przełamywane barier powodują, że człowiek wraca do domu jakiś taki trochę odmieniony, bardziej swobodny i mimo, że świat do którego powrócił jest pełen wygód, taki poukładany, przystosowany, to jednak się tęskni za tamtymi wrażeniami. Ale co tam. To było i trzeba iść dalej, a nie rozpamiętywać minione. A przede mną? Wrześniowa wyprawa, może wycieczka tu i tam, może coś jeszcze? W pamiętnikach z wypraw Marka Kamińskiego jest taki piękny cytat Antoine’a de Saint-Exupéry’ego: „Szalony kto sądzi, że dla idących liczy się dojść do kresu, a kresu przecież nigdy nie ma”.

Cała wyprawa jest dokładnie i ze wszystkich stron udokumentowana. Weronika i Jasiek „latali” bowiem nieustannie ze swoimi aparatami. A wszyscy uczestnicy (ja również) zostaliśmy wyposażeni w nową odzież wyprawą, przekazaną nam przez sponsora wrześniowej wyprawy – firmę Campus. Dziękujemy!

To zgrupowanie pokazało mi, że naprawdę można robić wielkie rzeczy… Mam kolejne kosmiczne pomysły – po moim moście linowym wiem, że jeszcze parę rzeczy w życiu zrobię. A lina, skała i wysokość to coś od czego jestem wręcz uzależniony. „Pogmerali” mi w głowie z równowagą, ale tego mi nie poprzestawiali. I chociaż jestem niepełnosprawny, to jestem chyba twardzielem!

Bartosz Michalak

Bartosz Michalak, 30 lat, pochodzi z Łodzi. Kilka lat temu zachorował na nowotwór móżdżku. Dziś cierpi na zaburzenia równowagi, które utrudniają mu swobodne poruszanie się. Co raz częściej jednak wstaje z wózka inwalidzkiego, a ciągła rehabilitacja przynosi doskonałe efekty. Dzięki Fundacji Poza Horyzonty w tym roku zaczął ponownie się wspinać i jeździć na rowerze razem z łódzkimi wolontariuszami Fundacji.

Poniżej zdjęcia ze zgrupowania…

fot. Weronika Gurdek, www.ikah.net

 


Podoba Ci się ten artykuł? Nie jesteś obojętny na problemy ludzi po amputacji?

Jeśli tak, wesprzyj nasze działania - zróbmy razem coś dobrego!

Możliwość komentowania jest wyłączona.